Szukaj

Łosiołki


„Dlaczego tu nie ma żadnego sensownego szlaku turystycznego, ani nawet porządnej ścieżki dla spacerowiczów?” – zachodziłem w głowę, przedzierając się przez podszyt olsu, który rósł nad brzegiem Chojnatki. Wokół świeża, wiosenna zieleń i śpiew ptaków, po prostu wymarzony teren na spacer dla wszystkich, którzy lubią kontakt z dziką przyrodą.


Chojnatka to jak dla mnie kolejna nieodkryta perełka przyrodnicza, którą znają tylko „lokalsi”. Struga jest dopływem Rawki i należy do zlewiska Bzury. Przepływa przez miejscowości Kowiesy, Jeruzal i Chojnata. I właśnie do tej drugiej miejscowości zawitałem, chcąc odbyć spacer „na przedpolach” rezerwatu rzeki Rawki. Ten ciek idealnie się do tego nadawał.


Chojnatka jest raczej płytka, nieuregulowana, z czystą wodą. Płynie malowniczą dolinką, którą porastają olsy, a na skarpie rośnie bór sosnowy. Korzystając z faktu, że wiosna była dość sucha, a pokrzywy dopiero rozpoczęły sezon wegetacyjny i nie dorastały mi nawet do połowy buta, podjąłem próbę pospacerowania brzegiem rzeczki. Jak wspomniałem, ścieżki nie było tu żadnej, poza bobrowymi, które szlak mojej wędrówki przecinał mniej lub bardziej prostopadle.



Rzadko się zdarza, aby móc pospacerować sobie po olsie bez woderów lub przynajmniej kaloszy. Skoro nadarzała się okazja, trzeba było spróbować. Jak miało się zresztą za chwilę okazać, była to bardzo dobra decyzja.


Pierwsza atrakcja, którą napotkałem po drodze, to kładka nad Chojnatką. Tworzy ją bowiem pień olszyny, który łączy brzegi rzeki. Żeby łatwiej było przejść, do rosnących na obu brzegach olsz ktoś przybił kawałek deski jako poręcz. I tak powstał mini fragment parku linowego, z którego oczywiście postanowiłem skorzystać.


Dalej spacer prowadził bądź wśród zieleniejących olszyn, wśród których często spotkać można było imponujące, lecz już połamane pnie, które nadawały krajobrazowi pewnej dzikości, bądź też przez nadrzeczne polanki porośnięte beżowymi, ubiegłorocznymi turzycami i zieleniejącymi pokrzywami.


Na jednej z takich polanek nagle jakiś ruch, chrzęst potrącanych suchych traw, lekkie zamieszanie. Patrzę… z głębi lasu pędzą na mnie dwa zwierzaki. „Co to?” – myślę sobie – „Psy?”. Ale co tu robią psy? Jestem już kawałek od miejscowości. W dodatku dwa, w dodatku tak dziwnie umaszczone – całe brązowe… Wyglądają jak bliźniaki, jak klony, są identyczne. I mają straaaasznie długie nogi jak na psy. Co to jest?


Kiedy były bliżej spostrzegłem, że nie są to żadne psy, tylko – dwa łoszaki, w dodatku bardzo młode. Pewno klępa poszła się tu gdzieś paść, a je zostawiła w chaszczach, żeby spokojnie na nią czekały. No ale dzieci, jak to dzieci… Wszystko je ciekawi, więc jak się pojawił na ich terenie jakiś dziwny „dwónóg”, musiały mu się bliżej przyjrzeć.

Brak lęku przed człowiekiem, którego, jak widać, zwierzęta uczą się dopiero w procesie przygotowywania się do życia, powodował, że oba podeszły na wyciągnięcie ręki. Ale co tam podeszły – podczas gdy jeden z łoszaków po pewnej chwili wrócił pod jedno z drzew i położył się w spokoju, czekając na matkę, drugi wcale nie chciał się odczepić. Łaził za mną krok w krok, biegł, kiedy zaczynałem uciekać, no po prostu nie chciał mnie zostawić. Ja zaś nie chciałem, aby poszedł za mną gdzieś, gdzie go potem matka nie odnajdzie. Spędziłem więc z nim na tej polanie dobre pół godziny.


Oczywiście nadludzką siłą woli musiałem się cały czas powstrzymywać żeby żadnego z nich nawet nie dotknąć. A ochota była wielka – to młode futro z pewnością jest aksamitne w dotyku, piękny kolor dodaje zwierzakowi tylko uroku, no i te wielkie oczy, z wyrazem czegoś lekko tępawego i bezbronnego zarazem. Takie śmieszne miniaturowe osiołki. No po prostu chciałoby się takie cudo natychmiast przytulić, pogłaskać, a najlepiej zabrać ze sobą i trzymać w domu.


Wszystkich zatrwożonych uspokajam – do żadnego kontaktu fizycznego nie doszło, więc nie przeniosłem na nie swojego zapachu. Żeby się wreszcie od nich uwolnić po prostu stanąłem w bezruchu i przestałem zwracać na nie uwagę. Łoszak, który podążał za mną krok w krok, po prostu się po kilkunastu minutach znudził, odwrócił się więc i odszedł położyć się pod inną olszynę, po przeciwległej stronie polanki niż jego lub jej siostra lub brat. Mogłem więc ruszyć dalej.


A dalej były stawy hodowlane. Nie wiem do końca o co chodzi z takimi stawami. Podczas gdy budowanie zapór i przegradzanie rzek z reguły dewastuje liczne siedliska nadrzeczne, stawy wkomponowywane w doliny rzeczne służą przyrodzie. Choć stanowią sztuczny twór, często stają się ostoją licznych gatunków ptactwa, wpływają na mikroklimat, pozwalają ochronić ginące gatunki. Największy w Europie kompleks sztucznych stawów hodowlanych – Stawy Milickie – to raj dla birdwatcherów nie tylko z Polski, ale z całego świata.

Tu zachodziła podobna sytuacja. Stawów nie jest dużo, ale próba ich wkomponowania w dość wąską dolinę Chojnatki powoduje, że mają nieregularne, zbliżone do naturalnych kształty. Wkoło zbocza doliny porastają sosny, jest cicho, a nad taflami wody uwija się ptactwo. Piękny nowy pomost na jednym ze stawów zachęcał do odpoczynku, przysiadłem więc na chwilę. I poczułem się, jakbym przemierzył pół Polski, aby rozpocząć dłuuuuugi urlop. A to przecież tylko krótka wycieczka, gdzieś między Mszczonowem, Skierniewicami a Warszawą.


W dalszej części wędrówki krajobraz doliny rzecznej zmienił się dość radykalnie w obszar rozległych, mniej lub bardziej użytkowanych łąk z wielkimi kępami wierzby tu i ówdzie. Był to wyraźny znak, że zbliżam się do Rawki. Tak się też stało. Po pewnym czasie stanąłem na brzegu tej rzeki, znacznie większej od Chojnatki, leniwie meandrującej wśród łąk.

Samego ujścia Chojnatki do Rawki nie udało mi się odnaleźć. Teren tu jest znacznie bardziej grząski, poprzecinany licznymi bezimiennymi strugami. Trzeba więc lawirować, aby przejść suchą nogą, a i tak czasem zdarzy się przemoczenie buta. Doświadczyłem tego, próbując przeskoczyć przez jeden z rowów. Może próba spokojnego przejścia go byłaby bardziej owocna. Jednak kiedy próbowałem go przeskoczyć, noga zapadła się w rozmięknięty grunt drugiego jego brzegu po samą kostkę. No cóż – to w końcu też urok takiego „dzikiego spaceru”.

Kiedy dotarłem nad Rawkę wystarczyło trzymać się jej brzegu, by dotrzeć do Dolecka, kolejnej wsi za Jeruzalem. Polna droga wiodła przez łąki, na których wreszcie spotkałem kilka osób – piknikowiczów, wędkarzy i jakiegoś autochtona, podążającego do wsi. Z Dolecka obrałem azymut na Jeruzal. Jednak choć obie miejscowości łączy asfaltowa droga, postanowiłem sobie uprzyjemnić wędrówkę, wchodząc w las.


I ta decyzja została nagrodzona. W pewnym momencie bowiem na piasku leśnej drogi dostrzegłem dziwnego stwora. No dobrze – stworka. Wygrzewał się na piasku, eksponując swój korpus w kolorze okolicznych patyków. To był turkuć podjadek, jeden z największych owadów w Polsce. Rolnicy i ogrodnicy nie przepadają za nim, bo wyjada korzenie roślin, stąd jego nazwa. Ale tak naprawdę jest wszystkożerny. Żyje głównie w ziemi, drążąc w niej korytarze, przyczyniając się do jej spulchnienia i napowietrzenia. Kiedyś pospolity, dziś, na skutek zatrucia gleb, jest coraz rzadszy.

Pożegnawszy turkucia ruszyłem dalej przez suchy bór sosnowy, szczytem skarpy nad Chojnatką, zmierzając do Jeruzala. Ktoś może mnie teraz zapytać: i po co się tak włóczyć? Właśnie po to, żeby spotkać łoszaki, poleżeć na pomoście na jeziorze i zobaczyć turkucia. Dla mnie to cała masa atrakcji, których nie zapewni żadna kanapa ani centrum handlowe.


WERSJA AUDIO

TRASA

MAPA SYTUACYJNA

Dokładna trasa spaceru: kliknij tutaj.

627 wyświetlenia

Kontakt

W jakichkolwiek sprawach chcielibyście się ze mną skontaktować - piszcie proszę śmiało!

Planning Travels
 

©2019 by aledokad.pl. Proudly created with Wix.com